Alkohol w Londynie, czyli co i gdzie się pije

Alkohol w Londynie, czyli co i gdzie się pije

Ciekawy co się pije w Londynie? Dzisiaj o tym co, gdzie i za ile w stolicy Wielkiej Brytanii, a co za tym idzie w koktajlowej stolicy Świata!

Nie ma żadnego konkursu, który przyznawałby tego rodzaju nagrodę (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), ale coroczne zestawienia najlepszych barów na świecie jednoznacznie wskazują właśnie Londyn, jako miasto posiadające największą liczbę reprezentantów w każdym jednym takim zestawieniu.

Jest to tylko jedna z wielu przesłanek, aby rzeczywiście uznać Londyn za koktajlową stolicę świata, a na pewno wystarczająca do tego, żeby bliżej przyjrzeć się upodobaniom drinkowym jego mieszkańców.

Jeśli ktoś zadałby mi pytanie co najczęściej piję się w kraju Robin Hood’a to śmiało mogę powiedzieć, że przede wszystkim gin. Oczywiście jest to związane z historią ginu, który panował na angielskich salonach już wieki temu.

Jałowcówki na półkach jest od groma i w samym tylko Londynie znajdziemy kilka jej destylarni. Takie giny jak Beefeater, Sipsmith czy Portobello pochodzą właśnie stąd. Koktajlbary oferujące więcej niż 20 różnych butelek ginu to nie rarytas, a raczej normalny bieg rzeczy. Jest w czym wybierać.

Podobna rzecz ma się z tonikiem. Mieć jeden rodzaj toniku byłoby zbyt prosto. Tonik zwykły, z kwiatem bzu, śródziemnomorski oraz oczywiście w wersji fit 😀. To tylko początek listy smakowych toników jakie można spotkać.

Jeśli zapytacie barmana jakie ma rodzaje toniku na pewno nie popatrzy na was krzywym okiem, a w wyspecjalizowanych barach raczej pomoże dobrać odpowiedni do ulubionego ginu.

Tak czy inaczej gin z tonikiem śmiało mogę zaliczyć do najczęściej serwowanych koktajli. Jest równie popularny co polska wódka na polskim weselu 😀.

Całorocznymi klasykami są Dry Martini, Negroni, Old Fashioned, Bloody Mary czy Margarita. W lecie natomiast na pewno trzeba spróbować Aperol Spritz’a, Bellini lub Mimose.

Raz na jakiś czas zdarzają się rodzynki w postaci Bucks Fizz’a, Pegu Club czy Brooklyn’a. Natomiast nie bez powodu są rodzynkami, bo jednak mało kto pamięta jeszcze takie koktajle.

Z moich obserwacji wynika, że koktajle i tzw. spirit+mixers stanowią ok. 40% wszystkich zamówień.

Oprócz tego pije się oczywiście dużo wina, prosecco lub szampana, które wg mnie stanowią kolejne 25% zamówień. Kolejne 25% to piwo, a pozostała reszta to różnego rodzaju kawki, herbatki, lemoniadki i inne.

Popularne w polskich dyskotekach klasyki z cyklu Sex on the beach, Orgasm i Kamikadze raczej nie mają dużego wzięcia. Znajomość robienia warstwowych koktajli też raczej za bardzo się nie przyda.

Poza tym mam takie mam wrażenie, że Brytyjczycy mają uczulenie na cukier. Mógłbym może nawet zaryzykować stwierdzenie, że dietetyczna cola jest równie często zamawiana co zwykła. Nawet do whisky 😮.

Kiedyś nie mieściło mi się w głowie mieszanie whisky z colą light i uważałem to za bezczeszczenie walorów smakowych tego zacnego trunku, a dzisiaj sam od czasu do czasu raczę się taką mieszanką uważając, że niektóre whisky potrzebują jakiejkolwiek coli, żeby nadawały się w ogóle do spożycia 😛.

Wspomniałem wcześniej, że ginów jest od groma, ale tak na prawdę wszystkiego jest od groma. Whisky, rum, tequili. No i wódeczki 😀! Bardzo często z Polski i warto tu nadmienić, że nasza polska wódeczka jest w Londynie bardzo chwalona i ceniona wśród konsumentów jak i barmanów.

I tak np. Żubrówka powszechnie u nas znana, jednak chyba nie dość często pita, ma tutaj wyrobioną swoją markę i w niemal każdym barze ją można dostać. Z resztą Żubrówka nie jest tu wyjątkiem, bo chyba jeszcze nie widziałem baru bez polskiej wódki. Chciałoby się czasem powiedzieć: cudze chwalicie, swego nie znacie 😉.

Wszystkie warzywa i owoce są dostępne cały rok. Tutaj chyba nie ma czegoś takiego jak sezonowość 😛. Arbuza kupicie zarówno w czerwcu jak i w grudniu. Podobnie z całą resztą mniej lub bardziej egzotycznych produktów ze wszystkich stron świata.

Jakby nie było w XIX w. może nie połowa, ale znaczna część tego świata była kolonią brytyjską, więc siłą rzeczy nawieźli tu tego całego badziewstwa 😀. Co za tym idzie koktajle z puree z marakuji  czy z mudlerowanymi kumkwatami nie są wielką egzotyką, a raczej chlebem powszednim.

Teraz trochę prywaty… Pierwszą moją pracą w Londynie była brazylijska restauracja i koktajl bar. Oczywiście w karcie nie mogło zabraknąć caipirinhi jako brazylijskiego dobra narodowego. A że jest to wspaniały koktajl żeby wsadzić tam cokolwiek to i tak też robiliśmy. Leciało mango, liczi, kiwi, banany no i nasze polskie truskawki i borówki. Mówię nasze, bo w sezonie spotkać je można na każdym jednym polskim straganie i nie wyobrażam sobie bez nich lata. No właśnie, lata.

A tu był środek stycznia. Świeżutkie boróweczki i truskaweczki w połowie zimy jakoś mi nie spasowały i chwilę się nad tym zastanowiłem. Później coś mi w głowie drgnęło, że to chyba zbyt piękne, żeby było prawdziwe, bo te owoce same z siebie w styczniu nie rosną. No i niestety, ale wyspiarskie jedzenie wiele pozostawia do życzenia, bo z chemią jest za pan brat. Kto był i próbował ten wie o czym mówię. Pozostali nie mają czego żałować.

Jeśli chodzi o ceny to mogę podzielić je z grubsza na 3 przedziały.

Puby i restauracje w których znajdziecie happy hour z piwem lub lampką wina za powiedzmy 2-3 funty i koktajlem za 5 funtów – to pierwsza kategoria. Ot takie powiedziałbym osiedlowe miejsca spotkań poza ścisłym centrum dla ziomeczków z tej samej okolicy 😀. Siedzą panowie, popijają piwko, przegryzą jakimś burgerem i tak dzień sobie leci z wolna 😀.

Kolejna kategoria to miejsca, gdzie nie ma żadnego happy hour i nikt za darmo nic nie daje. No chyba, że jesteś z gastro to bywa różnie 😀. Wiadomo 😀. Zapłacicie tam ok. 4-5 funtów za to samo piwko co wcześniej i 8-10 funtów za ten sam koktajl.

W zamian dostaniecie możliwość goszczenia się w centrum miasta lub jego niedalekiej odległości, gdzie obsługa będzie kilka razy przy waszym stoliku, za każdym razem upewniając się czy przypadkiem nie potrzebujecie jeszcze jednego drineczka 😀. Na koniec dostaniecie rachunek powiększony o service charge, o którym więcej pisałem tutaj, a kelner i tak oprócz tego będzie patrzył czy nie zostawiliście jeszcze przypadkiem jakiegoś napiwku 😉.

Jeśli natomiast chcecie zaszaleć to możecie iść do baru w hotelu 5-cio gwiazdkowym lub do miejsca z listy najlepszych koktajlbarów na świecie. Wtedy taka impreza kosztuje powiedzmy 15 funtów za koktajl. Te 15 funtów to jest te 10 funtów z poprzedniej kategorii + 5 funtów za to, że miejsce jest ekskluzywne pod jakimś względem, ma znaną markę lub znajduje się w jakimś ciekawym miejscu typu dach budynku lub 35 piętro biurowca z widokiem na cały Londyn.

Dla ciekawych Wielkiego Miasta mogę powiedzieć, że 1 koktajl w American Bar w hotelu Savoy, czyli w najlepszym obecnie barze na świecie, kosztuje jakieś 20 funtów 😉.

Gdzie warto iść?

Według mnie warto iść w każde z takich miejsc!

Warto iść do prawdziwego angielskiego pubu, napić się Ale’a i pooglądać z innymi gentelmanami wyścigi konne, o których nie ma się bladego pojęcia.

Warto spróbować prawdziwej brazylisjkiej caipirinhii z owocami acai choćby dlatego, żeby wiedzieć się, że nie mówi się akai tylko asai.

I warto w końcu napić się Bombay’a z tonikiem za 15 funtów tylko dlatego, żeby móc oglądać z 35 piętra Londyn aż po jego horyzont.

Pewnie nie wszystkie z takich wizyt się opłacają, ale przecież nie wszystko co warto, się opłaca.

Daj znać w komentarzu po co najczęściej Ty sięgasz. Koktajle, piwo, wino? A może jeszcze coś innego? Chętnie poczytam o Waszych preferencjach degustacyjnych😉.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.